4. Bitwa w Labiryncie - Rick Riordan.pdf

(1570 KB) Pobierz
Przełożyła Agnieszka Fulińska
Wydawnictwo Galeria Książki Kraków 2010
1
ROZDZIAŁ I
zls
BITWA Z DRUŻYNA CHEERLEADEREK
Ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę w wakacje, było wysadzenie kolejnej szkoły. Mimo to
w poniedziałkowy ranek pierwszego czerwca siedziałem w samochodzie mamy,
zaparkowanym przed budynkiem szkoły średniej Goode przy 81. ulicy.
Goode mieściła się w wielkim gmachu z brązowego piaskowca, usytuowanym nad East
River. Przed bramą parkowało kilka BMW i limuzyn. Wpatrując się w fantazyjny kamienny
łuk nad wejściem, zastanawiałem się, jak szybko mnie stąd wywalą.
Wyluzuj. - Mama wcale nie była rozluźniona. - To tylko dzień otwarty No i pamiętaj,
kochanie, że w tej szkole uczy Paul. Dlatego postaraj się... No wiesz.
Nie zniszczyć jej?
-Tak.
Paul Blofis, chłopak mojej mamy, stał przed bramą, witając wchodzących po schodach
przyszłych uczniów dziewiątej klasy Ze szpakowatymi włosami, w dżinsach i skórzanej
kurtce wyglądał jak aktor z telewizji, ale był tylko nauczycielem angielskiego. Udało mu się
przekonać Goode, żeby przyjęli mnie do dziewiątej klasy, mimo że wylatywałem po kolei ze
wszystkich dotychczasowych szkół. Ostrzegałem go, że to może nie być dobry pomysł, ale
nie chciał słuchać.
-7-t
Spojrzałem na mamę.
Nie powiedziałaś mu prawdy o mnie, co?
Nerwowo bębniła palcami w kierownicę. Ubrała się elegancko na rozmowę o pracę - w swoją
najlepszą niebieską sukienkę i buty na wysokich obcasach.
Uznałam, że powinniśmy z tym poczekać - odparła.
Żeby go nie odstraszyć?
Jestem przekonana, że dzień otwarty minie spokojnie, Percy. To tylko jedno
przedpołudnie.
Super - mruknąłem. - Mogą mnie wyrzucić jeszcze przed początkiem roku.
Myśl pozytywnie. Jutro jedziesz na obóz! Po lekcjach masz randkę...
To nie jest żadna randka! - zaprotestowałem. - To tylko Annabeth, mamo. Rany!
Przyjedzie z obozu specjalnie po ciebie.
No i co?
Idziecie do kina.
-Aha.
Tylko we dwoje.
Mamo! Uniosła ręce, jakby się poddawała, ale byłem pewny, że bardzo się stara
nie roześmiać.
Idź już do środka, kochanie. Zobaczymy się wieczorem.
Miałem właśnie wysiąść z samochodu, kiedy mój wzrok
powędrował ku stopniom wiodącym do szkoły. Paul Blofis witał dziewczynę z kręconymi
rudymi włosami. Miała na sobie brązowy podkoszulek i sprane dżinsy popisane mazakami.
Kiedy się odwróciła, dostrzegłem jej twarz i dostałem gęsiej skórki.
Percy? - spytała mama. - Coś nie tak?
N-nic - wyjąkałem. - Czy w tej szkole jest boczne wejście?
-8-
Z tamtej ulicy po prawej. Po co ci to?
Do zobaczenia.
Mama miała już coś powiedzieć, ałe wyskoczyłem z samochodu i pobiegłem z nadzieją, że
rudowłosa dziewczyna mnie nie zauważyła. Co ona tu robi? Nawet ja nie mogę mieć takiego
pecha.
No dobra. Wkrótce miałem się przekonać, że mój pech może być znacznie większy.
Niespecjalnie udało mi się wślizgnąć na dzień otwarty niezauważonym. Dwie cheerleaderki w
fioletowo-białych mundurkach stały przy bocznym wejściu, licząc, że zaskoczą nowych
uczniów.
Hej! - Uśmiechnęły się, a ja uznałem, że to moja pierwsza i ostatnia szansa na to, że
jakakolwiek cheerleaderka będzie dla mnie miła.
Jedna z nich była blondynką o lodowatych niebieskich oczach, druga, czarnoskóra, miała
ciemne kręcone włosy jak Meduza (a wierzcie mi, znam się na tym). Obie dziewczyny miały
imiona wyszyte ukośnymi literami na mundurkach, ale przy mojej dys-leksji wyglądało to jak
pozbawione sensu spaghetti.
Witaj w Goode - odezwała się blondynka. - Zobaczysz, będzie cuuudnie.
Kiedy jednak mierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, wyraz jej twarzy mówił co innego:
Ble, co to za łajza?
Druga dziewczyna podeszła nieprzyjemnie blisko. Przyjrzałem się literom wyszytym na jej
mundurku i odszyfrowałem imię Kelli. Pachniała różami i czymś jeszcze, co rozpoznałem
dzięki lekcjom jeździectwa na obozie: był to zapach świeżo umytych koni. Dziwaczny zapach
jak na cheerleaderkę. Może uprawiała jeździectwo czy coś w tym rodzaju. W każdym razie
podeszła tak blisko, że mogła mnie zepchnąć ze schodów.
Jak masz na imię, kotku?
Kotku?
Wszyscy nowi to nasze kotki.
Yyy. Percy. Dziewczyny
spojrzały po sobie.
Ach, Percy Jackson - powiedziała blondynka. - Czekałyśmy na ciebie.
Te słowa zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Dziewczyny blokowały wejście, uśmiechając
się bynajmniej nie przyjacielsko. Moja ręka powędrowała do kieszeni, gdzie trzymałem
zabójczy długopis imieniem Orkan. Nagle z wnętrza budynku dobiegł inny głos.
Percy?
To był Paul Blofis, który musiał stać gdzieś w głębi korytarza. Pierwszy raz ucieszyłem się aż
tak bardzo na dźwięk tego głosu.
Cheerleaderki cofnęły się. Przepchnąłem się między nimi tak ochoczo, że przypadkiem
trąciłem Kelli kolanem w udo. Brzdęk. Jej noga wydała głuchy, metaliczny odgłos,
jakbym kopnął w maszt na flagę.
Au - mruknęła. - Uważaj, kocie.
Spojrzałem w dół, ale jej noga wyglądała całkiem zwyczajnie. Byłem zbyt przerażony, żeby
zadawać dalsze pytania. Rzuciłem się w głąb korytarza, słysząc za sobą śmiech dziewczyn.
Jesteś! - powitał mnie Paul. - Witaj w Goode!
Hej, Paul... To znaczy, dzień dobry, panie Blofis. - Obejrzałem się, ale dziwaczne
cheerleaderki zniknęły.
Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha, Percy.
-Yyy... No...
Paul poklepał mnie po plecach.
-10-
Wiem, że się denerwujesz, ale nie przejmuj się tak. Mamy tu mnóstwo dzieciaków z
ADHD i dysleksją. Nauczyciele wiedzą, jak sobie z tym radzić. Omal się nie roześmiałem.
Jakby to ADHD i dysleksją były moimi największymi zmartwieniami. Oczywiście
wiedziałem, że Paul stara się mi pomóc, ale gdybym mu powiedział prawdę, albo uznałby
mnie za wariata, albo uciekłby z krzykiem. Na przykład te cheerleaderki. Miałem co do nich
złe przeczucia...
Mój wzrok powędrował w głąb korytarza i przypomniałem sobie kolejny problem.
Rudowłosa dziewczyna, którą widziałem na frontowych schodach, pojawiła się właśnie w
głównym wejściu.
Nie patrz na mnie, błagałem w myślach.
Zauważyła mnie. Zrobiła wielkie oczy.
Gdzie ten dzień otwarty? - zapytałem Paula.
W sali gimnastycznej. Tam. Ale...
Dozo.
Percy? - zawołał za mną, ale ja już puściłem się pędem.
Myślałem, że ją zgubiłem.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin