Jackson Joshilyn - Widmo.pdf

(1185 KB) Pobierz
Rozdział I
Przed tym, jak topielica przyszła do sypialni Laurel, duchy nigdy nie
pojawiały się w Victoriannie. Domy liczyły zaledwie po dwadzieścia lat
i na żadnym z nich nie spoczywało piętno wydarzeń z przeszłości wy­
wołujące skrzypienie podłóg albo łoskot w rurach. Podwórza skrywa­
ły się za wysokimi ogrodzeniami, a białe płyty trotuaru nie miały pęk­
nięć. Dostępu do Victorianny strzegła masywna brama z kutego żelaza.
Jej wymyślnie poskręcany szczyt wyglądał wiekowo, ale był również
świeżej daty. Napędzały ją siłowniki hydrauliczne, a stawała otworem
tylko przed tymi, którzy znali kod.
Laurel i David wprowadzili się do wielkiego domu przy Chapel
Circle przed trzynastu laty. Laurel miała wtedy zaledwie dziewiętna­
ście lat i od tamtej pory nie widziała nawet zjawy swego nieżyjącego
wuja Marty'ego, który pozostał uwięziony w ceglanym wiejskim dom­
ku o trzech sypialniach. Stał on w oddalonej o pół godziny drogi ma­
leńkiej miejscowości Pace i nadal mieszkali w nim jej rodzice. Jako
dziewczynka widywała zjawę dość często, przeważnie w noc poprze­
dzającą burzę.
Odkładała na stolik otwartą książkę o Ani z Zielonego Wzgórza al­
bo o Trixie Belden i szybko zasypiała w pościeli ozdobionej motywa­
mi z bajki o Kopciuszku, miękkiej i wyblakłej po niezliczonych pra­
niach. Wtedy obok jej łóżka pojawiał się on, posępny i przezroczysty.
Stał z dala od plisowanego abażuru lampki nocnej, nie dotykając sto­
pami podłogi, gdzie poniewierał się jej sportowy bawełniany stanik,
brudne tenisówki Thalii i rozrzucone numery „Tiger Beat". W nogach
7
łóżka spoczywał ukochany pluszowy konik Laurel, ale Marty nie odbi­
jał się w jego szklanych oczach, jakby wierna wypchana zabawka nie
chciała uznać obecności widma.
Uśmiechał się do niej i jedną rękę wetknąwszy swobodnie za pas,
drugą wyciągał w jej stronę, gotów odsłonić przed nią tajemnicze sce­
ny, niczym jej osobisty duch niebyłych świąt Bożego Narodzenia.
Cienki strumyczek księżycowej poświaty sączył się przez ranę po­
strzałową po lewej stronie jego tułowia i sięgając oczu Laurel, zmuszał
ją do opuszczenia powiek. Zaciskała je i zapadała w sen. Rankiem
słońce oświetlało drobinki pyłu w miejscu, gdzie stał.
Laurel nie lubiła chodzić tamtędy, gdzie zostawiał po sobie ziejący
chłodem punkt, a czasami dostrzegała na dywanie odcisk jego znoszo­
nych kowbojskich butów. Kiedyś jej siostra Thalia przyłapała ją, jak
klęcząc, usiłowała wygładzić owe niewyraźne ślady.
- Dopieszczasz ten dywan, Robaczku? - zapytała.
Laurel wzruszyła tylko ramionami i zastygła w bezruchu. Thalia
miała lekki sen i często się budziła, ale nigdy nie widziała Marty'ego.
Laurel zaprosiła Thalię do domu w Victoriannie parę dni po tym,
jak wprowadziła się tam z Davidem. Byli małżeństwem już od całych
pięciu tygodni. Laurel jechała powoli krętymi uliczkami, tymczasem
Thalia siedziała na fotelu pasażera i coraz wyżej podnosiła górną war­
gę, odsłaniając zęby. Jej warga niemal dotykała już nosa, gdy mijały
rząd ogromnych rezydencji w stylu wiktoriańskim o piernikowych fa­
sadach i z romantycznymi balkonikami.
- To tak wygląda, jakby ktoś tu uwalił gówniany domek marzeń
Barbie - stwierdziła Thalia. - Cały szereg takich domków. I jakby cier­
piał na okrutną sraczkę.
- A ja myślę, że są piękne - odparła Laurel. Jej głos był łagodny,
ale w dole brzucha czuła, jak dziecko miota się na wszystkie strony ni­
czym rozjuszona krewetka. - Spójrz, ten należy do nas.
Skręciła na podjazd. Dom Laurel i Davida miał barwę wyblakłego
błękitu, który ożywiały soczyste dodatki o śliwkowej i wrzosowej ko-
lorystyce. Umieszczony na szczycie dachu kogucik wskazywał kieru­
nek wiatru, a dwa gargulce łypały wściekle spod okapu.
Thalia omiotła wzrokiem spadzisty dach z wieżyczkami i potrząs­
nęła głową.
- Powiedziałabyś coś miłego - odezwała się Laurel, opierając dłoń
na wypukłości brzucha. Właśnie minął czwarty miesiąc, a Shelby była
tak maleńka, że Laurel wyczuwała tylko najbardziej gwałtowne z jej
ruchów.
- No dobra - odparła Thalia, wymawiając „o" tak przeciągle, jak
gdyby chciała zyskać czas do namysłu. Potem zadarła głowę, naśladu­
jąc uśmiech June Cleaver*. - Wygląda schludnie. Tak jakby nawet nie
było wolno tu sikać psom.
- Chyba mamy to w statucie - powiedziała ze śmiechem Laurel.
Zaczęła wysiadać z samochodu, ale Thalia położyła jej dłoń na ra­
mieniu.
- Czy naprawdę tego właśnie chcesz? Tego domu, tego mężczyzny
i macierzyństwa w wieku dziewiętnastu lat? - zapytała, a gdy Laurel
potakująco skinęła głową, cofnęła rękę. Po chwili jednak wymamrota­
ła pod nosem: - Zachowujesz się, jakby cię poddano lobotomii.
- Och, przestań - uniosła się Laurel. - Przecież to nie ma sensu.
- Owszem, ma - rzekła Thalia. - W czeluściach kryje się wiele rze­
czy, a to miejsce jest jak dziura, w której kiedyś był twój mózg.
Thalia nigdy nie zapałała do Victorianny większą sympatią. Stwier­
dziła też, że narzuty będące dziełem jej siostry, która nie stosowała żad­
nych mocniejszych w wyrazie motywów, są zbyt uładzone, by uznać je
za sztukę. Prawdziwa sztuka, zdaniem Thalii, powinna chwytać za gar­
dło. Z kraciastej kieszonki bożonarodzeniowego aniołka mogłaby wy­
stawać zbielała ptasia czaszka, ale Laurel nigdy nie umieściłaby jej na
* J u n e Cleaver - bohaterka serialu komediowego
Leave it to Beaver,
archetyp żony i matki
z amerykańskiej klasy średniej lat 5 0 . ubiegłego wieku. W jej roli wystąpiła Barbara Billingsley
(wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
9
miejscu pięknej anielskiej główki. To by nie pasowało. Laurel widziała
końcowy efekt swej pracy oczyma duszy i wiedziała, że każdy element
- niewinny, makabryczny albo neutralny jak kremowy aksamit - musi
być podporządkowany większej całości. Na tej samej zasadzie wszyst­
kie części Victorianny tworzyły całość, która jej zdaniem była śliczna.
Jej sąsiedzi mogli popełniać swoje ulubione grzeszki. Mogli się upi­
jać i urządzać awantury, mogli oszukiwać urząd podatkowy albo siebie
nawzajem, ale co sobotę myli i woskowali swoje samochody, a ich ży­
wopłoty i lampy ogrodowe były zawsze schludne. Rozwieszali znaki stra­
ży obywatelskiej i, zawsze czujni, wyglądali spoza rozsuniętych zasłon.
Ulice oświetlały stojące rzędem staromodne szklane latarnie, więc na­
wet w nocy duch napotkałby nie lada trudności, aby przemknąć nie­
postrzeżenie do drzwi Laurel.
Mimo to duch utopionej dziewczyny przyszedł tej nocy.
Zbierało się na burzę, więc zanim Laurel położyła się do łóżka,
sprawdziła jeszcze łańcuch zabezpieczający drzwi sypialni. Była bar­
dziej skłonna do wędrówek we śnie, kiedy powietrze przesycała taka
wilgoć, że wyczuwało się w nim smak elektryczności. Wstawała wte­
dy, rozbrajała wszystkie zabezpieczenia, otwierała okna i wyciągała
wszystko z szaf i szuflad. Raz położyła na stoliku obok łóżka zrobiony
z paciorków pękaty kwiat maku, nad którym właśnie pracowała. Za­
padając w sen, miała wrażenie, że czarne koraliki na dnie kielicha są
tak połyskliwe i okrągłe jak mysie oczka, a potem wstała w nocy i po-
pruła wszystkie ściegi. Gdy spała, jej dłonie skwapliwie coś otwierały
i psuły. Łańcuch nie był dla nich żadną przeszkodą. Służył właściwie
do tego, aby podzwaniając o framugę drzwi, obudzić Davida, który
zabierał ją z powrotem do łóżka.
Ich sypialnia przypominała chłodnię. David, którego metabolizm
przebiegał tak szybko, że jego skóra przez cały czas była lekko rozpa­
lona, w lecie nie mógł zasnąć, jeżeli termostat nie został ustawiony na
osiemnaście stopni. Laurel wśliznęła się pod kołdrę i przylgnęła do je­
go gorących pleców. Pocałowała go w ramię, ale on ani drgnął. Kiedy
10
Zgłoś jeśli naruszono regulamin