24 - J.R.Ward- Bractwo Czarnego Sztyletu- The Beloved- tłumaczenie pl.pdf

(2090 KB) Pobierz
J.R.Ward
Black Dagger Brotherhood
The Beloved
ROZDZIA
Ł
1
Ulica Wiejska 149, Caldwell, Nowy Jork
"Mam co do tego złe przeczucia."
Kiedy kuzyn Mickeya Trixa przemówił, miał
ochotę dobić skurwiela, ale to była jego cholerna wina. Dlaczego pomyślał, że zwiększenie
ciężaru przy uderzeniu coś pomoże? „Mickey, słyszysz, co mówię…”
Nad głową błyskawice przecięły nocne niebo i zaśnieżony las ożył, nagie gałęzie
drzew zamieniły się w ramiona, które sięgały do przodu, by się chwycić, a głębokie do kolan
zaspy odbijały całkowicie zły blask dziwacznej burzy. Kiedy wszystko znów pociemniało,
Mickey przez ułamek sekundy zaczął się zastanawiać. To był kurwa styczeń. Nie zdarzały się
burze z piorunami —
"Zamknij się." Przeszukał te drzewa, które zdawały się poruszać, zamiast stać w
miejscu na swoich korzeniach. „Kurwa, dlaczego zawsze mówisz…”
"Gdzie jesteśmy..."
Mickey odwrócił się do głupka, gdy rozległ się grzmot. Cały ten pieprzony śnieg
sprawiał, że krajobraz lśnił, więc mógł zobaczyć zbyt wiele słabego podbródka swojego
kuzyna i małe, paranoiczne oczka. Maska narciarska, którą dał temu debilowi, zaklinowała się
nad wąskimi brwiami, a zrolowane warstwy czarnej wełny stanowiły koronę złych zamiarów,
która dla każdego innego byłyby ostrzeżeniem, że gówno zaraz uderzy w wentylator. Na
Evanie? W zasadzie zakrywało całe przedwczesne łysienie. Nawet jego pieprzone włosy nie
chciały zostać na jego głowie. I komu, do cholery, nie udało się zapuścić brwi. Nawet łyse
sukinsyny miały brwi – z wyjątkiem, kiedy były, jak nazywało się to zwierzę?
Alpaka.
„Mickey, musimy zawrócić. Uważam, że źle..."
Mickey uciszył to gówno z taką siłą, że jego dłoń zawibrowała w rękawiczce. „Mam
tu interesy do załatwienia, i ty też chcesz to zrobić, więc idziemy załatwiać interesy, ty
pierdolony dupku”
Kiedy płatki śniegu wirowały, Evan położył gołą dłoń na twarzy. „Dlaczego musisz
robić to gówno?”
"Bo ty robisz to gówno." Poruszał się pomiędzy nimi tam i z powrotem, trzepocząc
rękawem swojej kurtki. „A teraz, idziemy dalej. Kurwa."
Przedzierając się przez śnieg, nie miał zamiaru mówić dorosłemu facetowi, że musi
założyć te cholerne rękawiczki. Poza tym, gdyby Evan doznał odmrożenia, prawdopodobnie
nawet nie wiedziałby, co to jest.
Dziesięć pieprzonych lat,
pomyślał Mickey. Dziesięć lat i nic nie osiągnął ani w
organizacji, ani u ich wujka. Miał dwadzieścia dziewięć lat i nadal znęcał się nad idiotami,
którzy nie płacili, gdy przegrywali zakłady i wciąż dilował małymi torebkami na ulicy. Jego
tata kierował rodziną w tym wieku i sprawował ją aż do chwili, gdy starszy mężczyzna został
postrzelony dwanaście razy na 19-tej Ulicy.
Mickey był pieprzonym synem legendy i miał do tego prawo.
Gdyby jego tata nie został zamordowany w wyniku sporu terytorialnego z gangami z
Southend, wujek nie byłby niczym więcej niż zastępcą dowódcy jakiejś załogi po drugiej
stronie rzeki…
Trzask.
Mickey zamarł i rozejrzał się po lesie.
„Co to było, o mój Boże…”
„Nadepnąłem na coś.” Jeśli uderzy faceta ponownie, Evan prawdopodobnie zacznie
płakać. „Kurwa, uspokój się.”
Gdy w dół spadła kolejna błyskawica, Mickey zaczął szukać prawdziwego ruchu w
lesie, a nie tego gówna, które było iluzją. Trudno było powiedzieć, więc zamierzał pozostać
tam, gdzie był… dopóki nie upewni się, że to, co ich otacza, jest bezpieczne. No cóż,
bezpieczniejsze.
Kto, do cholery, wiedział, jakie miny-pułapki mogły tu być?
„Mickey, wiem, co robisz, ale nie chcemy z nim zadzierać."
Skanowanie. Więcej skanowania. "Złożę temu facetowi tylko małą wizytę.
Porozmawiam z nim."
"Nie jesteś tu, żeby rozmawiać."
Kiedy Mickey zerknął przez ramię, oczy Evana zwęziły się, jakby nie był całkiem
głupi. „Nie jestem
całkiem
głupi.”
Czas znowu się ruszyć. "Nieważne"
„Dlaczego nie mogę mieć broni? Nigdy nie pozwalałeś mi nosić broni." Evan poklepał
go po ramieniu. "No, weź. Nie róbmy tego..."
"Wiesz co… po prostu, kurwa, idź." Mickey wyjął kluczyk z pilotem od samochodu,
który zostawili na powiatowej drodze. „Poczekaj na mnie jak cipa, aż wykonam robotę.”
"Nie zostawię cię." Evan potrząsnął głową. „Wiem, że wszyscy mają mnie za zero, ale
ten facet jest niebezpieczny. Coś jest z nim nie tak."
"To tylko kolejny z egzekutorów wujka."
"Nie, nie prawda. I przyprowadziłeś mnie, bo wiesz, że nikt inny by z tobą nie
poszedł."
Nie,
pomyślał Mickey. Przyprowadził Evana, bo nikt inny go nie słuchał. Ale zamiana
marnej opinii o kuzynie, na coś, co miało być w połowie przyzwoitym wsparciem, nie
działała zbyt dobrze.
Wbijając pilota w pierś kuzyna i przytrzymując go w tej pozycji, Mickey pochylił się.
„Zajmę się tym. Jak mężczyzna. Idź poczekać w jebanym samochodzie. Jak cholerne
dziecko." Błyskawica ponownie rozprzestrzeniła się u podstawy pokrywy chmur, a w
lodowatym niebieskim odbiciu strach na twarzy Evana był jak trzecia osoba stojąca między
nimi. „No dalej” rozkazał Mickey, gdy jego determinacja osłabła. "Jesteś kurwa takim
mięczakiem."
"Miałem sen ubiegłej nocy..."
„Mam nadzieję, że była ładna.” Mickey włożył brelok do przedniej kieszeni kurtki
kuzyna. „W prawdziwym życiu posuwasz tylko pasztety.”
"Umrzesz, Mickey."
"Świetnie. W takim razie, przynajmniej nie będę miał z tobą do czynienia.”
"Wiesz, nie musisz udowadniać wujkowi swojej wartości. Wystarczasz taki, jaki
jesteś..."
Mickey pchnął kuzyna, powalając go tyłem na śnieg. „Jebany dupku. Nikomu nie
muszę udowadniać tego kim jestem.” Popchnięcie było cholerną ulgą… dopóki nie zdał sobie
sprawy, że swoim ciężkim oddechem robi dużo hałasu, a to nie było najmądrzejsze
posunięcie. Pozwolił swojemu wkurzeniu zapanować nad sobą a to było nie tylko
niebezpieczne, ale także stawiało go na poziomie piwnicy Evana, i jego mentalność
operacyjna była słaba.
Był lepszy niż to. Był synem prawowitej głowy rodziny –
Gdy w jego peryferyjnym polu widzenia zarejestrował się ruch, ponownie zerknął
przez ramię. Evan wstał na nogi, a z tyłka spadały mu płatki śniegu, jakby srał, a wszystko
było czarno-białe. Z rękami założonymi pod brodą, jakby widział straszydło, i oczami jak z
anime, Mickeyowi przypomniało się, że to, że jesteś z kimś spokrewniony, nie oznacza, że nie
masz z tą osobą nic wspólnego.
Opuszczając kuzyna, musiał skupić się tam, gdzie musiał, więc włożył rękę do
przedniej kieszeni swoich zimowych spodni. Dysk USB znajdował się dokładnie tam, gdzie
go ukrył, gotowy do użycia w drugiej połowie tej operacji. Przyłożenie pistoletu do głowy
jakiemuś informatykowi załatwiło sprawę, fałszywy ślad danych utworzony na blockchainie,
który sprawia wrażenie, jakby bitcoin został skradziony na dużą skalę z cyfrowych portfeli
rodziny.
Nie musiał rozumieć, jak i co się pisze na tej pieprzonej klawiaturze lub przewija na
monitorze. Liczyło się tylko to aby jego instrukcje co do wyniku zostały wykonane i upewnił
się, że były… Trzymał żonę informatyka w swoim tajnym mieszkaniu przy 21 Alei– i hej,
miał zamiar wypuścić panią, pod warunkiem, że jego wujek dojdzie do właściwych
wniosków, kiedy Mickey
znajdzie
dysk i go odda…
Przypływ paranoi kazał mu się rozejrzeć i spodziewał się zobaczyć Evana
podążającego za nim jak zbity pies.
Nic z tego.
Oprócz sękatych drzew, które wyglądały, jakby były bezbożną armią, która wyrosła ze
skażonej ziemi. No cóż, przynajmniej nie musiał się martwić debilem.
Kierując się światłem burzy i wkurwieniem, szedł dalej, odpychając gałęzie z drogi.
Kiedy jedna z nich odwinęła się i uderzyła go w tyłek, zastanawiał się, dlaczego drań, którego
miał dziś zabić, chciał mieszkać tutaj, pośród jebanej głuszy. Z drugiej strony
Nathaniel
– do
chuja pana, co to za imię – był cholernie dziwny. Nigdy nie mówił zbyt wiele. Nie zadawał
się z nikim. Nie walczył o dobre zlecenie. Myślałbyś, że nie stanowiłoby to żadnego
problemu, ale wujek za bardzo lubił tego gościa, bo był outsiderem. Do diabła, za bycie
kimkolwiek.
Natty-kurwa-ktokolwiek
został przydzielony do eliminacji, do prawdziwej
roboty, a nie do walenia w drzwi i ścigania płotek.
Mickey nie chciał się do tego przyznawać, ale sprytny sukinsyn eliminował ludzi i
uchodziło mu to na sucho, bo nikt niczego nie widział. Ostatnie siedem lat czy coś koło tego?
Ciał nie liczono, a niektórych z pewnością w ogóle nie odnaleziono.
Większość z tych mokrych robótek wykonano w Caldwell, ale było też trochę w
Nowym Jorku i Bostonie. Plotka głosiła, że wujek prosił go, aby pojechał na Florydę i do
Ameryki Południowej, ale ten nie zgodził się na wycieczki za miasto. To było tak, jakby nie
chciał zbytnio oddalać się od sedna interesów, a pewnie, mogło tak być, bo miał gliniarzy z
Caldie w kieszeni i w ten sposób przez tak długi czas unikał komplikacji.
Tyle że to było coś więcej.
Mickey wyczuwał, że coś jest nie tak i miał już dość zamartwiania się tym. Czas
rozwiązać ten problem i wyjść na bohatera przed wujkiem…
Przed nim na polanie pojawił się zniszczony, stary dom z bali i porozmawiajmy o
wysypisku śmieci. Miejsce należałoby przekląć i uciekać w te pędy. Linia dachu chyliła się
ku upadkowi, jeden z kominów był zwalony, a okiennice zwisały jak zepsute zęby w ustach
beznadziejnego zawodnika MMA. Okna były zabite deskami, na płytkim podjeździe nie było
samochodu, a stodoła na tyłach nie była w lepszym stanie.
Gdyby Mickey nie był w stu procentach pewien swoich informacji, nie uwierzyłby, że
ktoś tu mieszka, a tym bardziej płatny zabójca. Z drugiej strony zachowanie dyskrecji było
czymś, co wujek cenił u swoich wykonawców. „Ale to gówno to teren pogranicza” Mickey
mruknął, a jego oddech ulotnił się, jakby wapował. Kurwa, dziwne.
I nie było to coś, o czym musiał myśleć.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin