Chris Bunch
Podwójna gra
Cykl: Star Risk Tom 3
Przełożył Radosław Kot
Tytuł oryginału: The Doublecross Program
Rok pierwszego wydania: 2004
Wydanie polskie: 2011
Star Risk Sp. z o.o. otrzymuje niecodzienne zlecenie od rządu układu gwiezdnego Roh Bahtrine. Ma włamać się do banku centralnego i... zwrócić ogromne pieniądze, które ów rząd wydał na łapówki, by ratować gospodarkę. Pozornie łatwe zadanie wplątuje spółkę w konflikt między możnymi tego świata walczącymi o prawo do dystrybucji nowej używki. Star Risk musi wytężyć wszystkie siły i połapać się w zagmatwanej sytuacji, aby uratować nie tyle zarobek, ile własną skórę.
Dla Shermana i Helen Yip
Świat Trimalchio IV wygrzewał się w słoneczku jak przystało na modną planetę wakacyjną. Każdy mógł się cieszyć jej tropikalnym klimatem, pod warunkiem że był nadziany. Niestety udziałowcy Star Risk mieli z tym chwilowo niejaki problem.
- Nie do wiary! - warknęła M’chel Riss. - Jak mogło do tego dojść? Mieliśmy w tym roku dwa... wróć, trzy kontrakty, które zagrały w każdym szczególe.
Riss była blondynką o posągowej budowie. Gdyby chciała, mogłaby wpędzać w kompleksy modelki na wybiegach. Wybrała jednak Korpus Piechoty Morskiej, gdzie doszła do rangi majora i stanowiska zastępcy dowódcy jednostki do zadań specjalnych. Zrezygnowała z powodu ogólnego znudzenia robotą oraz nachalnych zalotów przełożonego. Wciąż lubiła przygody, ale musiała także coś jeść. Dlatego właśnie, jako druga z kolei, dołączyła do zespołu Star Risk.
- Nie jest tragicznie - odezwała się Jasmine King, która prowadziła sekretariat firmy. Była zapewne jeszcze piękniejsza niż Riss. W swoim czasie zaczęto podejrzewać, że jest robotem, czego nijak nie chciała skomentować. To znaczy nie potwierdzała, ale i nie zaprzeczała. Ponieważ nikt nie słyszał o cywilizacji zdolnej stworzyć tak kompetentnego i atrakcyjnego androida, sprawa pozostała nie rozstrzygnięta. - Ale przy obecnych wydatkach i braku dochodów za trzy miesiące trafimy na garnuszek opieki społecznej. A raczej trafilibyśmy, gdyby tu była. Rząd Trimalchiona uważa takie luksusy za zbyteczne.
- Trzy miesiące? - parsknął Chas Goodnight. - To czym się przejmować? Prawdziwe kłopoty zaczynają się wtedy, gdy trzeba przekierowywać pocztę na zagrzybioną piwnicę w bocznej uliczce. - Zatoczył znacząco spojrzeniem po ich luksusowym biurze mieszczącym się na czterdziestej trzeciej kondygnacji wspartego na generatorach antygrawitacyjnych wieżowca.
Goodnight był tak zwanym besterem, czyli poddanym cyborgizacji żołnierzem. Dzięki temu widział świetnie w ciemności, odbierał fale ultrakrótkie i wykazywał się nieprzeciętnym refleksem. Nie przez cały czas, ale po uruchomieniu dodatkowych funkcji. Umieszczony u podstawy kręgosłupa akumulator starczał na jakiś kwadrans szaleńczej aktywności, zaraz potem jednak robił się słaby jak kocię.
Niestety na którymś etapie modyfikacji amputowano mu wszelką moralność. O ile wcześniej ją miał, oczywiście. Armia dowiedziała się o tym, gdy został aresztowany podczas kolejnej próby kradzieży cennych klejnotów. Star Risk wyratowało go wtedy z celi śmierci na pewnym prowincjonalnym świecie.
- Spytam raz jeszcze - odezwała się Riss. - Jakim cudem znaleźliśmy się w dołku?
- Cóż - powiedziała King, zerkając na kilka ekranów. - Zaczęło się od tego, że mogliśmy wreszcie spłacić Groka, który zainwestował w nas na samym początku...
- W samą porę, na wąsy Ludwiga - warknął porośnięty futrem obcy, którego pełne miano brzmiało Amanandrala Grokkonomonslf, mierzący zasadniczo trzy i pół metra w każdym kierunku.
- Co dalej? - spytała M’chel.
- Do tego doszedł koszt twojego domku na wyspie - ciągnęła King. - Oraz samej wyspy.
M’chel spróbowała przybrać skruszoną minę, ale jakoś się jej nie udało.
- Nie wspominając o zaliczce na wakacyjne wydatki. Skromne dziesięć tysięcy.
Riss pokiwała głową. To były porządne wakacje, podczas których odwiedziła trzy światy w towarzystwie tego barona... jak on się nazywał? Jakkolwiek. Ważne, że był czarująco miły i zdawał się w ogóle nie potrzebować snu.
- To jeśli chodzi o ciebie - kontynuowała Jasmine. - Co do pana Goodnighta, jak wszyscy wiemy, uwielbia on hazard...
- Miałem ostatnio złą passę - mruknął Goodnight.
- No i była jeszcze ta nadzwyczaj pewna inwestycja Friedricha.
Smukły białowłosy Friedrich von Baldur westchnął ze smutkiem. Z reguły podawał się za niegdysiejszego pułkownika Sojuszu, chociaż wedle niektórych danych był tylko podoficerem i zrezygnował pospiesznie ze służby, gdy intendentura zainteresowała się bliżej stanem magazynów, które miał pod opieką.
- Bo i była pewna - powiedział. - Skąd mogłem wiedzieć, że ktoś uzna proste urządzenie do sporządzania idealnych duplikatów księgowych naszych środków płatniczych za narzędzie ich potencjalnego fałszowania? - Pokręcił głową nad perfidią prawodawców i prawników.
- Mniejsza o to - stwierdziła King. - W tej sytuacji ja jedna wykazałam się odpowiedzialnością.
- A nie latałaś przypadkiem na Ziemię do Tiffany’ego? - spytała Riss.
- Raz. No, może dwa. Ale trzeba mieć coś z życia, praca to nie wszystko. Jednak nie ma co wskazywać palcem, bo to nie rozwiąże naszego problemu. Musimy się zastanowić, jak podreperować budżet. - Spojrzała wokoło, oczekując pomysłów.
Zapadło milczenie.
Cisza zaczęła robić się dokuczliwa, gdy odezwał się brzęczyk przychodzącego połączenia.
- Boże, niech to będzie jakiś miły desperat planujący porządny przewrót pałacowy - odezwała się Riss. - Albo lękający się takiego przewrotu.
- I niezbyt bystry - mruknął Goodnight.
- A przede wszystkim wypłacalny - dorzucił Freddie, wznosząc nabożnie oczy ku niebu.
King machnęła ręką, żeby się zamknęli, i odebrała połączenie.
- Spółka Star Risk. Mówi agent King. Czym mogę służyć?
Z kamienną twarzą uważnie wysłuchała rozmówcy, w końcu się uśmiechnęła.
- Cóż, jestem pewna, że możemy panu pomóc - stwierdziła.
Grok warknął radośnie.
- Ten hałas? - spytała King. - Nasze urządzenia szyfrujące. Wie pan, mieliśmy wcześniej trochę kłopotów z łącznością. Ale wracając do rzeczy... Mogę zaproponować panu termin spotkania już za trzy tygodnie... Chociaż nie. Widzę, że jeden z jutrzejszych gości odwołał wizytę. Jeśli panu pasuje, zapraszam.
* * *
Riss była święcie przekonana, że rząd Roh Bahtrine nie należy do demokratycznie wybranych. Gdyby tak było, ich siedzący po drugiej stronie stołu gość imieniem Van Hald nie zdołałby nigdy awansować wyżej referenta. Był zbyt bezbarwny, żeby przetrwać dowolną kampanię wyborczą. O wygranej nawet nie mówiąc.
Inna sprawa, że chyba i tak nie zaszedł zbyt wysoko. Im dłużej go słuchała, tym bardziej była pewna, że ma do czynienia nie tylko ze zwykłym posłańcem, ale i potencjalnym kozłem ofiarnym. O swoich pryncypałach wyrażał się cały czas z głębokim szacunkiem, tytułując ich Radą Najwyższą, bez dwóch zdań wielkimi literami. Zespół Star Risk spoglądał na niego coraz bardziej nieufnie.
- Przyznaję, że zdarzają nam się niezwykłe zlecenia - powiedział von Baldur. - Nigdy jednak nie próbowano wynająć nas do napadu na bank.
- Och, nie - zaprotestował Van Hald. - Nie chodzi o żaden napad.
- Obawiam się więc, że nie zrozumiałem - mruknął von Baldur.
- Ja zaś nie rozumiem, dlaczego nie możecie poszukać jakiegoś miejscowego gangu do tej roboty? - spytał Chas Goodnight.
- Mogę tylko powtórzyć, że to nie ma być napad. Poza tym nie chodzi o byle bank, tylko centralną placówkę Państwowego Banku Depozytowego w naszym układzie.
- Podręczna kasa zaczyna świecić pustkami? - zaciekawił się Goodnight.
- Gdybyście byli uprzejmi nie przeszkadzać mi przez chwilę, wyjaśniłbym, dlaczego Rada Najwyższa Roh Bahtrine potrzebuje kogoś świadczącego nietypowe usługi - powiedział zirytowany Van Hald.
Pięć lat wcześniej w układzie zaczął się kryzys gospodarczy. Rząd robił co tylko w jego mocy, ale depresja nie ustępowała, ostatecznie sięgnięto więc do zgromadzonych w dobrych czasach rezerw. Wykorzystano prawie połowę zasobów Roh Bahtrine. W większości w złocie, częściowo w platynie.
- Zależało nam na zachęceniu zagranicznego kapitału do inwestowania w Bahtrine - wyjaśnił Van Hald. - Mieliśmy nadzieję, że gdy wielkie korporacje zaczną otwierać u nas nowe filie...
- I zachęciliście je do tego łapówkami? - przerwał mu Goodnight.
- No... zapewne sam nie użyłbym tego określenia, ale... zasadniczo nie rozmija się pan z prawdą. Niemniej kryzys dobiegł dzięki temu końca i obecnie nasza gospodarka ma się nieźle. W związku z tym zależy nam, żeby te pożyczone rezerwy wróciły na miejsce. Uznaliśmy, że najlepiej będzie zainscenizować w tym celu napad.
- A nie możecie ich podrzucić podobnie, jak kiedyś je wyprowadziliście?
Van Hald zawahał się, ale w końcu pokręcił ze smutkiem głową.
- Niestety, środki bezpieczeństwa zostały od tamtego czasu tak bardzo zaostrzone, że obecnie to niemożliwe - wyjaśnił.
- Ciekawe - mruknął Grok. - Uczciwy rząd spłaca swoje zobowiązania? To się nie zdarza.
Van Halden przemilczał to.
- Cóż, rozumiem, że może nas pan zapoznać ze szczegółami zadania - powiedział von Baldur.
- Oczywiście. Mam wszystkie materiały ze sobą.
- Przekażemy je naszym analitykom - stwierdził szef Star Risk. - Jednak już teraz mogę pana zapewnić, że jesteśmy zainteresowani tym zadaniem. Zdecydowanie zainteresowani - dodał, zerkając na potwierdzony czek na znaczącą sumę, który leżał na blacie między nimi.
- Dobra - powiedziała Riss, włączając projektor. - To ich stołeczny świat. Nazywa się Gentrik. Jego stolica to Masd. Bank znajduje się tutaj, między dwoma lądowiskami. Każde jest chronione z ziemi i z powietrza. Ostatni katalog Jane’s podaje, czym tam dysponują. Należy oczekiwać, że mają całkiem nowoczesny sprzęt. Nasz plan będzie więc szkicowo wyglądał jak następuje: lądujemy obok banku, starając się nie zabić zbyt wielu strażników, dostarczamy złoto i platynę na miejsce, najlepiej tak, żeby nas z kolei nie załatwili, wycofujemy się, kasujemy zapłatę i wracamy do domu. W zasadzie proste.
- Tak, zamówiłem już antygrawitacyjne taczki - powiedział Goodnight. - Ale rozumiem, że coś ci się tutaj nie podoba?
- Właśnie. Uważam, że czegoś nie wiemy - stwierdziła Riss. - Czegoś ważnego. To jest zbyt łatwe. Chas, ty bawiłeś się w takie rzeczy. Nic ci się nie nasuwa?
- Moja droga, ja byłem włamywaczem dżentelmenem. Poza tym działałem w innym segmencie rynku. Nigdy też nie parałem się wysadzaniem sejfów i tak dalej. Pracowałem sam, polegając tylko na swoich talentach. Niewiele mogę więc podpowiedzieć, chociaż zgadzam się, że coś tu śmierdzi. Trudno mi uwierzyć, żeby te przyjemniaczki naprawdę nie mogły załatwić sprawy po cichu.
- Otóż to - mruknęła Riss.
- Sugerujecie, że powinniśmy odrzucić zlecenie? - spytał z lekka zaniepokojony von Baldur.
- Nie - odparła M’chel. - Wszystko jedno, kogo oskubiemy. Ci tutaj nie są ani lepsi, ani gorsi. Chcę tylko wyjść z tego w jednym kawałku. To chyba mało wygórowane oczekiwanie?
- Skoro o tym mowa, widzę tylko dwa ukryte zagrożenia - powiedziała Jasmine. - Po pierwsze, może chcą nas zlikwidować, gdy podrzucimy te walory. Zapewne wtedy, gdy zgłosimy się po resztę należności - dodała i zamilkła.
- A po drugie? - spytał Goodnight, gdy cisza się przedłużała.
- Nie wiem - odrzekła Jasmine. - Ale na pewno jest jeszcze jakaś możliwość.
- Mnie też jakoś nic nie przychodzi do głowy - powiedziała M’chel. - Trudno. Bierzmy więc tę robotę. Miejmy tylko oczy dookoła głowy. Sądzę, że najlepiej będzie załatwić sprawę skrycie i po cichu, z minimalnymi stratami przeciwnika. Możemy też zaplanować wejście godne floty inwazyjnej, ale doświadczenie podpowiada mi, że miejscowi mogą wtedy zareagować nerwowo i odpowiedzieć ogniem.
- Zwykle jestem za cichą robotą, ale takie coś wymaga zawsze długich przygotowań - powiedział von Baldur. - Nie wiem, czy mamy tyle czasu.
- Też prawda - mruknęła Riss. - Długich przygotowań i specjalistów, którym musielibyśmy odpalić część honorarium. Dobrze, zatem idziemy na ostro. Jasmine, przekaż panu Van Haldowi, że przyjmujemy zlecenie. I niech dostarczy nam listę nadchodzących świąt.
- Dobrze. Zakładam, że zlecenie wykonamy w któreś z nich?
- Dobrze zakładasz. No i będziemy potrzebowali trochę żołnierzy. Nie za wiele, Wystarczą dwa plutony, byle byli na tyle dobrzy, żeby nie powystrzelać się nawzajem. Do tego transport i paru przyjaciół, którzy zapewnią nam awaryjną drogę odwrotu.
King zajęła się kalkulatorem.
- Jeśli chcemy uporać się z tym w miesiąc, wyjdzie około dwóch milionów.
- Powiedz mu, że cztery - odezwał się von Baldur. - Na wypadek, gdyby miał jeszcze jakieś złudzenia.
- Plus wydatki - wtrącił Goodnight.
- Czy nie jesteśmy trochę chciwi? - spytała Riss.
- Oczywiście, że tak, i to wcale nie trochę - odparł Goodnight. - Ale chyba nie oczekujesz, że zmienię przyzwyczajenia?
- I jak to wygląda? - spytała Jasmine, zerkając na ekran.
- Całkiem zgrabnie - stwierdziła Riss. - Za trzy tygodnie mają święto narodowe i aż kilka dni wolnego. Kto żyw wyjedzie z miasta, na dodatek w Masd odbędą się wielkie pokazy lotnicze, co oznacza mnóstwo hałasu.
- A co będą świętować? - spytał Goodnight.
- Zakończenie jakiejś wojny, nie wiem tylko, czy przegranej czy wygranej - odparła Riss. - Opis jest dziwnie mało precyzyjny.
- Czyli przegranej - powiedział Chas. - Zwycięstwa opisuje się zawsze ze wszystkimi detalami. Dziwne, że zrobili z tego święto.
- Mniejsza z tym - odezwał się Grok. - Jak nasze wsparcie?
- Załatwione - odpowiedziała Riss. - Oba transportowce przylecą jutro. Pojutrze zjawią się te dwa niszczyciele, które kosztują nas... przepraszam, które kosztują naszego zleceniodawcę więcej, niż są warte. Nasza mała armia będzie już na ich pokładach.
- Kto dowodzi niszczycielami? - spytał von Baldur.
- Kobieta imieniem Inchcape.
Friedrich pokręcił głową.
- Nie znam jej.
- Wiele razy wynajmowali ją powtórnie ci sami ludzie - powiedziała Jasmine. - Dla mnie to wystarczające referencje.
Riss odczekawszy chwilę, zabrała głos:
- Co do planu B, o którym oczywiście słowem nie wspomnimy naszemu klientowi, Jasmine zaś ukryje te wydatki wśród innych, to opiera się on na pięciu prawie nowych niszczycielach, produktach McG Destroyers. Przylecą... niebawem. To najprecyzyjniejsze określenie terminu, jakie zdołałam wydusić z dowódcy tego zespołu, niejakiego Viana, niegdyś oficera Sojuszu.
Friedrich von Baldur zbladł lekko, co nie uszło uwagi Groka.
- Znasz go? - zapytał.
- Owszem - mruknął von Baldur. - Stalowy Vian, jak go nazywaliśmy. Żadnego alkoholu, żadnego seksu. Nic, tylko dyscyplina i regulaminy, i ta twarz, która nie zna uśmiechu. Chociaż nie, cofam ostatnie. Raz zdarzyło się, że pewien sztabowiec za bardzo rozkręcił się podczas prezentacji sprzętu i wetknął paluch nie tam, gdzie trzeba. Gdy ścierali go potem z pokładu, Vian lekko się uśmiechnął.
- Ale tak konkretnie to co cię niepokoi? - spytał Goodnight.
- Kiedy musiałem pospiesznie opuścić szeregi, był akurat dowódcą garnizonu.
- Myślisz, że cię zapamiętał? - spytała rozbawiona Riss.
- Nie wiem i nie zamierzam sprawdzać. Ale zgadzam się, że jest kompetentny. Czasem nawet za bardzo.
- Skoro tak, to dlaczego odszedł ze służby? - spytał Goodnight. - Taki ktoś to materiał na idealnego admirała.
Wszyscy spojrzeli na Jasmine King. Przyzwyczaili się już, że ona wie wszystko. Albo prawie wszystko.
- To dziwna sprawa - powiedziała dziewczyna. - Jechał wtedy na przepustkę i był w przedziale z pewną młodą kobietą. Tylko ich dwoje i nikogo więcej. Gdy pociąg wjechał do tunelu i na chwilę zrobiło się ciemno, podobno słychać było jakiś krzyk, potem zaś owa młoda dama oskarżyła Viana o napastowanie. Trafił z tego powodu przed sąd wojskowy i ostatecznie do cywila.
- Niesamowite - mruknął Friedrich. - Ale przynajmniej popróbował seksu.
- Nie rozumiem - odezwała się Riss. - Gołe oskarżenie, żadnych świadków i wyrok skazujący wysoko cenionego oficera?
- Ojciec tej młodej damy był szychą w komisji nadzoru Sojuszu, a jej luby wschodzącą gwiazdą Ministerstwa Spraw Zagranicznych - wyjaśniła King.
- Aha - mruknęła Riss. - To wiele wyjaśnia.
- Niezwykłe. - Von Baldur wciąż kręcił głową. - Vian zbokiem. Do czego ten świat zmierza.
- A ja mam pytanie - powiedział Grok. - Jak słyszałem, wspomniany typ niszczycieli słynie ze zbyt delikatnego napędu...
King kiwnęła głową.
- Pierwsza seria produkcyjna owszem... I one są z tej serii, ale Vian poddał...
entlik