Chris Bunch
Podłe światy
Cykl: Star Risk Tom 2
Przełożył z angielskiego Radosław Kot
Tytuł oryginału: The Scoundrel Worlds
Rok pierwszego wydania: 2003
Rok pierwszego wydania polskiego: 2011
Skyball to najpopularniejszy sport we wszechświecie, budzący też największe emocje. Gra jest brutalna, znacznie ostrzej jednak poczynają sobie kibice. Najgorsi są fani Czarnych Diabłów z układu Cheslea i drużyny United z Warick. Wywołują rozruchy, dopuszczają się morderstw, urządzają krwawe polowania na sędziów...
Star Risk Sp. z o. o., wynajęta do ochrony meczu między tymi drużynami, nie może dopuścić, by międzyplanetarne rozgrywki przerodziły się w wojnę skyballową...
Dla prawdziwych wariatów:
Tima Holmana, Simona Kavanagha,
Bena Sharpe'a, Grega Furlonga
i Tamsina Barracka
Nie zapominając
o Barrym Grayu, Adrianie Foxmanie,
Bobie MacKenziem, Nigelu Andrewsie
oraz Gilu Midgelym
Grubas, który wyłonił się z wyjścia służbowego, rozejrzał się uważnie po okolicy. Noc była cicha i spokojna, jeśli nie liczyć szumu przemykających w oddali ślizgaczy oraz nieustannego pomrukiwania mokrych przewodów przebiegającej obok hotelu prymitywnej sieci energetycznej.
Mężczyzna pomyślał, że teraz musi tylko przejść trzy przecznice do podjazdu przed całkiem innym, luksusowym hotelem, gdzie wciąż można było znaleźć taksówki z prawdziwymi, żywymi kierowcami, wsiąść do pierwszej z nich i odjechać do portu kosmicznego. Tam będzie już bezpieczny.
Przeklął się za głupotę. Co mu do łba strzeliło, żeby zatrzymać się w tej norze, chociaż stać go było na coś o wiele droższego. Powinien przewidzieć, że Oni gustują właśnie w takich hotelikach, żeby zaoszczędzić na kaucje sądowe i alkohol.
Żałując, że nie odbył nigdy żadnego szkolenia wojskowego, zaczął skradać się jak najciszej wzdłuż wysokiego muru. Zrobiło się naprawdę późno i była spora szansa, że Oni upili się już do nieprzytomności i nie będą go szukać.
Wcześniej udało mu się ich oszukać, wynajmując dwa przyległe pokoje, jeden pod własnym nazwiskiem, drugi pod fałszywym. Gdy włamali się do pierwszego, zdemolowali go ze szczętem, nie ruszyli jednak łączących go z drugim pokojem drzwi, gdy okazały się zamknięte. Tak czy owak, to był tylko półśrodek.
Uciekinier dotarł do skrzyżowania, przycupnął na chwilę, po czym przeszedł przez ulicę, poruszając się szybciej niż zazwyczaj. Dokoła wciąż panowała cisza. Wyszedł na bulwar i był już w połowie szerokości, gdy kwartał za nim pojawiła się hałaśliwa grupka zataczających się mężczyzn. Od razu go dostrzegli.
Zabić gnoja! Zajebać! Diabły pany!
Mężczyzna ruszył biegiem. Tak niewiele brakowało...
Ale nie miał szans.
Z alei przed nim wysypało się ich jeszcze dwudziestu. Zatrzymał się i przebiegł na drugą stronę ulicy, szukając jakiejś kryjówki. Otwartych drzwi, schodów, czegokolwiek. Przed nim jednak ciągnął się tylko wysoki kamienny mur.
Dopadli go na następnych stu metrach.
Najpierw poleciały butelki, potem kamienie. Jeden z nich trafił go w plecy między łopatkami. Mężczyzna upadł. Próbował jeszcze popełznąć przed siebie, ale było za późno. Po chwili poczuł na sobie ciężkie buty, pięści i żelazne drągi.
Ból nie trwał długo, ale uciekinier z ulgą przywitał czarną otchłań, która uwolniła go od cierpienia.
Trimalchio IV był szczęśliwą planetą. Hołdował niemal wyłącznie hedonizmowi, przez co nie miał godnej uwagi historii. Miejscowi dyplomaci od dawna tak rozgrywali wszystkie międzyplanetarne spory, żeby szczuć potencjalnych przeciwników na siebie wzajem, i robili to tak udatnie, że nie groziła im ani inwazja, ani nawet wyrwanie z błogostanu permanentnej neutralności. Polityczna stabilizacja oraz subtropikalny klimat przyciągały na Trimalchiona licznych inwestorów, zwłaszcza że nie zmuszano tu nikogo do składania wyjaśnień na temat pochodzenia fortuny. Błękitne morza i rozsiane na nich wyspy stały się rajem dla młodych i pięknych albo chociaż na tyle bogatych, żeby mogło to zastąpić deficytową urodę.
Jasmine King zdawała się idealnie pasować do tego towarzystwa.
Była tak piękna, zgrabna i kompetentna zawodowo, że jej poprzedni pracodawca, zajmująca się systemami bezpieczeństwa kompania Cerberus, uznał ją za androida. Samo w sobie nie byłoby to jeszcze dokuczliwe, niestety na dodatek firma zdecydowała, że jako robot Jasmine nie musi otrzymywać wynagrodzenia.
King poczuła się tym urażona i zmieniła pracodawcę. Zatrudniła się w spółce Star Risk. Co ciekawe, nigdy jednoznacznie nie wyjaśniła nowym szefom, czy jest androidem, czy nie. Inna sprawa, że nikt nie miał pojęcia, jaka supercywilizacja byłaby zdolna do stworzenia tak doskonałej maszyny.
Obecnie prowadziła biuro spółki, a na dodatek komórkę do spraw wywiadu. Jednoosobową, ale zawsze. Na podobnej zasadzie odpowiadała za dział kadr, w razie potrzeby stając się również młodszym agentem operacyjnym. Chociaż doświadczona w działalności administracyjnej, pod względem wyszkolenia bojowego ustępowała pozostałym czterem pracownikom firmy. Ostatnio zaczęła jednak zgłębiać tajniki sztuk walki i doszła do klasy mistrzowskiej w strzelaniu z pistoletu oraz blastera.
Star Risk zajmowało pomieszczenia na czterdziestym trzecim piętrze w pięćdziesięciokondygnacyjnym budynku wzniesionym z wykorzystaniem generatorów antygrawitacyjnych, dzięki którym cała konstrukcja zdawała się utrzymywać w powietrzu bez jakiegokolwiek podparcia. Przypominała pod tym względem wielu mieszkańców Trimalchiona IV, którzy nie mieli żadnych oficjalnych źródeł dochodów.
W biurze dominował modny obecnie styl łączący z rzucającym się w oczy brakiem harmonii stal, skórę i archaiczne drewniane sprzęty, na co z dezaprobatą spoglądały ze ścian obrazki z różnych parafii.
Oprócz Jasmine była w nim jeszcze jedna osoba, pewien raczej myszowaty mężczyzna.
King włączyła mikrofon krtaniowy.
- Potencjalny klient - powiedziała bezgłośnie. - Nie wygląda bogato. Nazywa się Weitman. Mówi, że chce rozmawiać z kimś z zarządu. Wydaje się trochę niepewny, jakby szukał prywatnego detektywa do śledzenia niewiernej żony. - Przez chwilę słuchała. - Nie, jestem sama. Nie ma też żadnej pilnej roboty.
Uśmiechnęła się do Weitmana.
- Ktoś zaraz pana przyjmie - powiedziała i niewysoki mężczyzna gwałtownie pokiwał głową.
Drzwi gabinetu stanęły otworem i pojawił się w nich senny koszmar - wysoki niemal na trzy metry, obrośnięty futrem obcy.
- Dzień dobry, panie Weitman - zahuczał ów stwór. - Nazywam się Amanandrala Grokkonomonslf, jednak ponieważ nikt spoza mojej rasy nie wymówi tego poprawnie, proszę zwracać się do mnie Grok. Zapraszam do siebie, porozmawiamy o tym, co pana do nas sprowadza.
Mężczyzna wstał i poszedł za Grokiem. Po drodze przystanął jeszcze i obejrzał się na Jasmine.
- Do pani wiadomości, panno... King. Nie szukam prywatnego detektywa i nie zbieram materiału do sprawy rozwodowej. - Uśmiechnął się, ale jakoś mało serdecznie. - Ojciec nauczył mnie kiedyś czytać z ruchów warg.
Zamknął za sobą drzwi, Jasmine zaś oblała się rumieńcem - równie perfekcyjnie jak wszystko, co robiła.
* * *
- Słyszał pan kiedyś o skyballu? - spytał Groka niebywałe przejęty Weitman.
Obcy podejrzewał, że jego gość wszystko musi robić z pełnym zaangażowaniem.
- To jakaś gra? - zapytał. - Nie interesuję się sportem, kiedyś czytałem tylko trochę o dawnej ziemskiej piłce nożnej. Moja rasa nie zwykła rywalizować na polu sprawności fizycznej, wolimy bardziej wyrafinowane rozrywki. Chyba że akurat wyrzynamy się nawzajem.
Grok opuścił swój świat znudzony jego marazmem i zaciągnął się do sił zbrojnych Sojuszu jako specjalista od łączności i kryptograf. Poza tym nie wzdragał się przed walką.
Weitman z całej jego przemowy usłyszał chyba tylko „nie”.
- Skyball to jeden z najważniejszych sportów. Może nawet najważniejszy - powiedział. - Wymaga wielkiej sprawności fizycznej i koordynacji oraz wysokich kwalifikacji intelektualnych. Dużą rolę odgrywa w nim także przypadek, co czyni widowisko tym bardziej interesującym.
- Sądząc po nazwie, łączącej słowa „niebo” i „piłka”, musi to być chyba coś podobnego do dawnego polo, tyle że zamiast koni używa się zapewne samolotów?
- W tej nie ma żadnego mechanicznego wsparcia, wyjąwszy oczywiście samą piłkę, antygrawy oraz generujący zdarzenia losowe komputer.
- Aha - mruknął Grok. - Sam talent i muskuły.
Weitman nie zwrócił uwagi na jego sarkazm.
- Skyball jest wynalazkiem z wczesnej ery kosmicznej - powiedział. - Kiedyś grano w niego tylko w próżni kosmicznej, w stanie nieważkości. Z czasem zyskał jednak na popularności i zerowa grawitacja zaczęła przeszkadzać widzom, których żołądki nie najlepiej przyjmowały w tej sytuacji napoje. Zmieniono więc zasady i odtąd w skyball gra się na specjalnych stadionach na powierzchni planet. Stadion taki wyposażony jest w generatory znoszące przyciąganie. Każda drużyna składa się z dziesięciorga mężczyzn albo kobiet, których zadaniem jest przemieścić piłkę w dowolny sposób do bramki przeciwnika. Ważne tylko, żeby nie powodować poważnych obrażeń u zawodników drugiej drużyny. Mecz dzieli się na cztery kwadry po piętnaście minut. Dla skomplikowania rozgrywki w piłce jest żyroskopowe urządzenie pozwalające jej zmienić tor lotu, a dodatkowe generatory, włączane w losowej kolejności, sprawiają, że właściwości grawitacyjne boiska nie są stałe. Obecnie jest to najpopularniejsza chyba gra na planetach Sojuszu, zwłaszcza tych, które dorobiły się mistrzowskich drużyn.
- Bardzo ciekawe - stwierdził Grok. - Tyle że Star Risk robi w innej branży. Nie nadajemy się na sportowców. Specjalizujemy się w trywialnym odstrzeliwaniu przeciwników.
- Sport sportem, ale jest jeszcze to, co się dzieje poza boiskiem - powiedział Weitman. - Skyball uchodzi za gwałtowną grę, jednak na niektórych światach fanatyczni kibice doszli do takiego zapamiętania, że rozgrywki międzyplanetarne zmieniają się w regularne wojny.
Grok nie skomentował.
- Już to jest niepokojące - ciągnął Weitman - ale jeszcze gorzej wróżą ostatnie ataki bojówek na graczy i sędziów. Nie dalej jak tydzień temu jeden z członków Związku Sędziów Zawodowych, do którego należę i który reprezentuję, został po meczu pobity na śmierć. Nie możemy tego tolerować. W tym sezonie o pierwsze miejsce walczą drużyny z planet Cheslea i Warick, których kibice cieszą się najgorszą sławą. Przekazaliśmy im, że jeśli nie zagwarantują nam bezpieczeństwa, odmówimy sędziowania podczas spotkań. Spłynęło to po nich jak woda i zapowiedzieli nawet, że w razie potrzeby sami poszukają sobie arbitrów. - Weitman wzdrygnął się. - Z pewnych powodów, nad którymi nie chcę się teraz rozwodzić, ten pomysł bardzo nam nie odpowiada. Związek uprawnił mnie do sprawdzenia ofert różnych firm zajmujących się ochroną, ja zaś wybrałem Star Risk. Chcę zlecić wam opiekę nad siedmioma sędziami, którzy zostaną wydelegowani do prowadzenia meczów na Warick. Za zapewnienie im pełnego bezpieczeństwa jesteśmy gotowi zapłacić milion kredytów plus zwrot wszystkich kosztów.
Grok przeczesał z zastanowieniem futro na piersi.
- Ciekawa sprawa - mruknął. - Bardzo ciekawa. Sądzę, że Star Risk chętnie przyjmie to zlecenie.
- Zgodziłeś się? - jęknęła M'chel Riss.
Była wysoką blondynką o zielonych oczach i z ciałem modelki. Nikomu do głowy by nie przyszło, że w siłach zbrojnych Sojuszu dosłużyła się stopnia majora. Rzuciła mundur po konflikcie z pewnym przystawiającym się do niej wyższym oficerem, przez jakiś czas była najemnikiem, aż w końcu znalazła się wśród założycieli Star Risk.
- Odniosłem wrażenie, że to całkiem prosta robota za sporą forsę - zaprotestował urażony Grok. - Obruszasz się, jakbyśmy mieli pójść na wojnę.
- Już wojna byłaby lepsza - rzucił Chas Goodnight.
Był odrobinę wyższy od Riss, miał piaskowe włosy i zawadiacki błysk w oku. M'chel uważała go za najbardziej amoralnego ze znanych jej ludzi. Też służył kiedyś w siłach zbrojnych Sojuszu i należał nawet do garstki poddanych biomodyfikacjom komandosów, tak zwanych besterów, specjalistów od brudnej roboty. Sprawdzał się świetnie w tej roli do czasu, aż od włóczenia się po chaszczach i obalania rządów bardziej atrakcyjna wydała mu się kariera złodzieja.
Star Risk wyciągnęło go z celi śmierci, gdy powinęła mu się noga. Nie był w firmie partnerem, ale nikt nie traktował go jak zwykłego pracownika.
Dzięki besteryzacji widział w ciemności, prócz zwykłych dźwięków słyszał fale radiowe, miał dodatkowe obwody neuronalne do analizy sytuacji bojowej i reagował w potrzebie trzy razy szybciej niż przeciętny wysportowany człowiek. W trybie szybkim jego dodatkowe obwody były zasilane małym akumulatorem umieszczonym u podstawy kręgosłupa. Starczał na jakiś kwadrans i po każdym jego wykorzystaniu bester musiał uzupełnić ubytek kilku tysięcy kalorii i odespać około doby.
Friedrich von Baldur, założyciel i szef firmy, pokiwał bez słowa głową. Był kolejnym wyrzutkiem, który zwykł przedstawiać się jako dawny pułkownik Sojuszu, chociaż tak naprawdę był jedynie podoficerem i musiał pospiesznie opuścić służbę po większej aferze związanej z upłynnianiem zapasów strategicznych. Nie nazywał się też wcale von Baldur.
- Odnoszę wrażenie, że wiecie więcej niż ja - warknął Grok.
- Skyball to gra, która... - zaczęła Riss.
- Tyle kojarzę - przerwał jej Grok. - Weitman przedstawił mi najważniejsze, resztę sprawdziłem w encyklopedii. Faktycznie jest brutalna, ale w sumie mało oryginalna. Nas zresztą nie będzie obchodzić. Mamy zająć się tylko ochroną oficjeli.
- Tylko - parsknął Goodnight. - Opowiem ci coś, futrzany przyjacielu. Kilka lat temu, gdy byłem jeszcze lojalnym oficerem Sojuszu, mój zespół ścigał gościa nazwiskiem Purvis. Władze chciały go dostać żywego, ponieważ... nieważne zresztą. Dość, że bardzo chciały wyciągnąć z niego parę rzeczy. Powiedziano nam, że dostaniemy po łapach, jeśli wrócimy bez niego, gdyby zaś coś mu się przytrafiło, bekniemy jeszcze gorzej. Purvis dowiedział się, że jest poszukiwany, i zaczął mylić tropy. Doszło do nas jednak, że założył firmę doradztwa sportowego na planecie Cheslea, gdzie skyball jest bardzo popularny. Tamtejsza drużyna nazywa się Czarne Diabły... Tak więc, gdy tylko go namierzyliśmy, wzięliśmy dupę w troki i ruszyliśmy za nim...
Cheslea to dom wariatów. Rozsądek nie jest na niej w cenie, a myślenie kończy się tam, gdzie u innych się zaczyna. Gdy wylądowaliśmy, było jeszcze gorzej. Wszyscy szykowali się na mecz Czarnych Diabłów z ich najbardziej znienawidzonym przeciwnikiem, drużyną United z Warick... Widzę, Grok, że kiwasz głową. Poczekaj, to dopiero początek... Pokręciliśmy się trochę po tym burdelu, ale Purvis jakby się pod ziemię zapadł. Ktoś szepnął nam jednak, że gość pojawi się na meczu. Zdobyliśmy więc dobre miejsca i poszliśmy, zorganizowawszy sobie dwie drogi odwrotu i porządny worek na Purvisa, gdyby udało się go dopaść.
Mecz się zaczyna, najpierw jest jeden do jednego, potem dwa-dwa i wiadomo, że kolejna bramka przesądzi o wyniku. Siedzimy sobie, słoneczko świeci... Dodam, że stadion jest, a raczej był, otwarty, z modułami antygrawitacyjnymi zawieszonymi na łukach kratownicy na samej górze, a dzień był upalny. Miałem przez to wielką ochotę na piwo, ale wiedziałem, że gdyby nam się nie udało, a ci na górze dostaliby cynk o tym browarze, jak nic zrobiliby ze mnie szeregowca. Z drugiej strony i tak potem oberwaliśmy. Ale po kolei... Sam mecz nic nas nie obchodził, rozglądaliśmy się za naszym ptaszkiem. Dostrzegliśmy go dziesięć minut przed końcem. Trudno było go wypatrzyć, bo trybuny lśniły oślepiająco. Kibice Cheslea mieli foldery rozgrywek z jedną stroną pokrytą srebrzystą folią. Wszyscy cholerowali przy tym na przebieg gry i na sędziów. Oczywiście uważali, że podkupiła ich drużyna z Warick. Przedzieraliśmy się ku koronie stadionu, gdy Diabły strzeliły gola, ale sędziowie z jakiegoś powodu go nie uznali. Myślałem, że ludziska wyjdą z siebie, zwłaszcza że chwilę później przeciwnik zdobył bramkę. Zrobiło się jednak nawet ciszej i tylko jakiś dziwny pomruk poszedł po trybunach. Dreszcz przeszedł mi po grzbiecie i nikt z nas nie wiedział, co o tym myśleć. Sędziowie zebrali się na naradę i nagle coś błysnęło. Całkiem po cichu, ale potężnie i jakby wszędzie wkoło. Potem poszło trochę dymu z boiska. Gdy się rozwiał, okazało się, że sędziowie zniknęli. Potem się wydało, że właśnie Purvis wymyślił to jako ostatnią deskę ratunku na wypadek groźby przegranej. Kazał wydrukować foldery z mocno błyszczącymi okładkami i otworkami do celowania zamaskowanymi jako podobizna piłki. Starczyło, że wszyscy kibice Cheslea ustawili swoje programy pod odpowiednim kątem do słońca. Trybuny zmieniły się w wielkie lustro i z sędziów zostało tylko trochę poczerniałych kości. Zaraz potem rozpętało się piekło. Kibice z Warick chcieli za wszelką cenę wydostać się ze stadionu, miejscowi starali się im przeszkodzić. W życiu nie widziałem takiej młócki.
- A wasz cel? - spytała Riss.
- Zginął w rozróbie - wyjaśnił obojętnie Goodnight. - Bez naszego udziału, ale i tak ledwie udało nam się wytłumaczyć z porażki. Cóż, nie ma sprawiedliwości na tym świecie - dodał, spoglądając na Groka. - Teraz wiesz, w co nas wpakowałeś. I to za głupi milion plus zwrot kosztów pogrzebu.
- Czasem żałuję, że Star Risk nie ma zwyczaju brać zapłaty z góry - smętnie powiedziała Riss. - Swoją drogą, kto ustalił tę nieżyciową zasadę?
- Pytek - odparł Friedrich.
Wariatkowo zaczęło się już w porcie kosmicznym Warick. Kibice Cheslea wylewali się z wyczarterowanych maszyn w stanie bardzo zróżnicowanym. Niektórzy na noszach, inni na kacu albo jeszcze gorzej - niedopici.
Zespół Star Risk, który przyleciał zwykłym lotem rozkładowym, wyróżniał się z tłumu skandaliczną wręcz trzeźwością. Z drugiej strony właśnie to oraz wymachiwanie odpowiednim banknotem pozwoliło im szybko złapać taksówkę. W drodze do hotelu przelecieli nad ilomaś orkiestrami, paradami i jarmarkami ulicznymi.
- Diabły czy United? - spytał taksówkarz.
- Cisza i spokój - odparł von Baldur.
Kierowca parsknął głośno.
- Przez najbliższe dwa tygodnie niewiele tego zaznacie. Lepiej wracajcie do portu i kupcie sobie bilet gdzie indziej.
- Mamy tu robotę - stwierdziła Riss.
Taksówkarz obejrzał się na nich, omal nie wpadając przy tym na ciężarowy ślizgacz obwieszony transparentami wieszczącymi wygraną drużyny Warick.
- Coś związanego z finałem ligi? - spytał z szacunkiem.
- Jesteśmy psychologami - odparł Goodnight. - Specjalizujemy się w psychozie tłumu.
Kierowca błyskawicznie odwrócił głowę i więcej już się nie odezwał. Gdy wylądowali przy Shelbourne, najbardziej luksusowym hotelu na Warick, w którym kwaterowali sędziowie, taksówkarz nie chciał im pomóc przenieść zdumiewająco ciężkich bagaży, ponadto odmówił przyjęcia napiwku i w ogóle siedział w swoim fotelu jak gipsowy posąg.
- Mam wrażenie, że dla nich skyball to coś bardzo ważnego - zauważył Grok. - Nie słyszałem jeszcze o taryfiarzu, który by nie przyjął napiwku.
- Potraktujmy to jak ostrzeżenie - powiedziała Riss. - Lepiej, żeby nie wiedzieli, co o tym wszystkim myślimy.
- No i uważajmy, w co się ubieramy - dodał von Baldur. - Nic, co mogłoby się kojarzyć z barwami drużyn. No i lepiej nie pomylić kibiców. Pamiętajcie, Czarne Diabły noszą się na czarno i czerwono, kolor United to intensywny błękit.
- Pewne środki ostrożności już przedsięwzięliśmy - powiedział Weitman. - W zwykłych okolicznościach powinny wystarczyć.
Sześć towarzyszących mu osób płci obojga energicznie pokiwało głową.
- Po pierwsze, nasze ubrania - ciągnął Weitman. - Te spodnie i koszule w biało-czarne paski mogą powstrzymać pocisk z każdej klasycznej broni palnej, chociaż nie pochłoną oczywiście energii uderzenia. Dlatego pod spodem noszę kamizelkę przeciwwstrząsową, która chroni także przed rzucanymi na boisko butelkami czy kamieniami. Czapka jest wyściełana i może wytrzymać bez szkody uderzenie przedmiotem o masie jednego kilograma poruszającym się z prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę. Buty mają stalowe podeszwy i okucia z przodu, do tego dochodzą jeszcze ochraniacze na łokcie i kolana. Do nosa stosujemy filtry przeciwgazowe, w uszach mamy zatyczki chroniące przed szczególnie głośnymi dźwiękami na wypadek ataku akustycznego. Przy pasie miotacz gazu, a w kroku kabura z małym blasterem. To ostatnie jest pilnie strzeżoną tajemnicą i mam nadzieję, że nikomu jej nie zdradzicie. Zasadnicza ochrona stadionu to jeden funkcjonariusz na dwudziestu pięciu widzów, jednak różnie u nich bywa ze skutecznością. Czasem po prostu dołączają do tłumu. Dlatego właśnie liczymy na was, gdyby pojawiły się prawdziwe kłopoty. - Uśmiechnął się do zespołu Star Risk.
- Wspaniale - powiedział Goodnight. - Cudowne jest życie kibica.
Podczas pierwszego meczu finałowej kolejki obie drużyny uwijały się jak w ukropie, ale przez pierwsze trzy kwarty żadna nie zdobyła punktu.
Potem, w połowie ostatniej kwarty, gdy drużyna Cheslea przejęła piłkę i ruszyła ponad obroną United do wysokiego ataku, generator włączył się, akurat gdy piłka zmierzała już do małej bramki. W dodatku zadziałało żyroskopowe ustrojstwo, pozwalając zawodnikowi Warick przejąć piłkę. Cisnął ją celnie pod przeciwnikami, którzy nie zdążyli wrócić nad samą murawę.
Jeden do zera.
I tak już zostało. Ławka kar była przez cały mecz pusta, chociaż siedząca w przeszklonej loży Riss wyraźnie widziała kilka naprawdę brzydkich fauli.
Kibice zachowywali się spokojnie i w większości byli nawet prawie trzeźwi. Grok naliczył tylko z dwadzieścia przypadków usunięcia z widowni za drobne przewinienia w rodzaju rzucenia na boisko przemyconej butelki albo lokalnych przepychanek z sąsiadami.
- Jak tak dalej pójdzie, spokojnie wrócimy do domu - powiedział Weitman.
Podczas drugiego meczu zespół Star Risk postanowił rozproszyć się po trybunach. Tylko najbardziej rzucający się w oczy Grok został w łoży. Wszyscy wcisnęli w uszy komunikatory.
Tym razem miejscowi poczynali sobie znacznie śmielej. Wyczuwszy dobrze przeciwnika, zaatakowali na całego. Sędziowie poszli w ich ślady. Podczas pierwszej kwarty odgwizdali osiem fauli, w drugiej sześć.
W połowie meczu było siedem do trzech, ponownie na korzyść Warick.
Pani sędzia odgwizdała pierwszą karę w trzeciej kwarcie za uderzenie zawodnika drużyny przeciwnej, co było najwyraźniej niedozwolone, chociaż poza tym pozwalano na tak wiele, że tylko brakowało, by w ruch poszły maczugi.
Von Baldur kątem oka zauważył jakieś poruszenie w niedalekim sektorze trybun i zaraz się obrócił w tę stronę. Jakaś bardzo otyła kobieta wyciągnęła z dużej torby nie zidentyfikowany przedmiot i cisnęła nim w panią arbiter.
- Padnij! - krzyknął von Baldur do mikrofonu. Jego polecenie zostało błyskawicznie wykonane i pocisk, który okazał się domowej roboty bumerangiem, uderzył w murawę niecały metr od celu.
Babiszon na trybunie ponownie sięgnął do torby, jednak Friedrich nie czekał na pokaz kolejnej wunderwaffe, tylko od razu przesadził ogrodzenie oddzielające go od sąsiedniego sektora i przeskakując po dwa stopnie, pobiegł ku zamachowczyni. Ochrona wołała, żeby się zatrzymał, ale puścił to mimo uszu. W chwili, gdy dotarł do właściwego rzędu, w dłoni kobiety pojawiło się coś przypominającego granat.
Jakiś młodszy mężczyzna o prosiakowatej twarzy, podobny z rysów do stojącej za nim grubej kobiety, wstał, unosząc zaciśnięte pięści.
Von Baldur kopnął go z półobrotu, tak że obrońca anioła zemsty wleciał z impetem na kobietę, z którą bez wątpienia był spokrewniony. Zaraz odskoczył, widząc, że syczący złowróżbnie granat upadł na beton pod siedziskami.
Kilka sekund później eksplodował, uwalniając chmurę jakiegoś gazu. Von Baldur był już wtedy daleko i nie obejrzał się, póki nie dotarł niemal na sam dół trybun. Ludzie wkoło olbrzymiej kobiety krztusili się i wymiotowali, wielu padło na kolana. Friedrich odnotował z satysfakcją, że podejrzana para należała do najbardziej poszkodowanych. Potem spojrzał na swój nadwerężony w krótkiej akcji garnitur.
- Nowy - mruknął. - Trzysta dwadzieścia siedem kredytów. Dopisać do kosztów.
Mecz zakończył się wynikiem dziewięć do czterech, co dawało Warick już dwa zwycięstwa. Wcześniej trzy razy wstrzymywano grę, żeby znieść poszkodowanych zawodników na noszach. Jeden z nich zdawał się nie oddychać.
Kibice gości opuszczali stadion wściekli i dogłębnie przekonani, że spotkanie zostało ustawione, a piłka podstępnie spreparowana.
Goodnight siedział w hotelowym barze, który nosił archaiczną nazwę Pod czaplą i bobrem, gdy dostrzegł jednego z zawodników drużyny Warick bawiącego się w towarzystwie dwóch biznesmenów w granatowych garniturach. Towarzyszyła im gromadka ochroniarzy nieustannie omiatających lokal spojrzeniami i trzymających dłonie w okolicy talii.
Chas podszedł do nich. Zawodnik opowiadał właśnie pewien kawał z brodą, ale Goodnight i tak się roześmiał, unosząc szklankę gestem pozdrowienia.
- Znasz tę historię o Rycerzach, co? - spytał zawodnik.
Goodnight nigdy nie słyszał o takiej drużynie.
- Jasne, ale to był dopiero początek - odparł niespeszony i przedstawił ciąg dalszy historii, która w rzeczywistości przydarzyła się kiedyś pewnemu pechowemu oddziałowi sił zbrojnych Sojuszu, jednak słuchacze nie musieli o tym wiedzieć.
Jeden z biznesmenów postawił mu zaraz piwo i nie minęło wiele czasu, a Goodnight był już najlepszym przyjacielem zawodnika, chociaż ochroniarze wciąż patrzyli na niego podejrzliwie. Chas sam nie wiedział, dlaczego ładuje się w tę imprezę, chociaż rozpoznanie środowiska pracy należało poniekąd do jego obowiązków.
Biznesmeni szybko się upili. Na wszelki wypadek Goodnight też starał się robić wrażenie zawianego. Wiele jednak z tego nie miał, poza obietnicą kaca, gdyby posiedział tu jeszcze trochę. Szczęśliwie następnego dnia nie było meczu.
- Powiedz mi coś, Dov... - odezwał się do nowego przyjaciela. - Widz...
entlik